fbpx
Wymiary grafik w mediach społecznościowych – marzec 2020

Wymiary grafik w mediach społecznościowych – marzec 2020

Aktualizujemy nasz poręczny wpis o rozmiarach grafik w mediach społecznościowych – zapraszamy do zaktualizowania swoich materiałów :).

Bez zbędnych wstępów zapraszamy do pomocnego zestawienia rozmiarów grafik, wykorzystywanych w mediach społecznościowych, z naszym komentarzem.

A nie, dobra, najpierw tips dla leniwych – gdy umieszczasz jedną grafikę na wielu platformach (nie zalecamy, ale rozumiemy), najlepiej będzie, gdy będzie to kwadrat 1200×1200. Pasuje na Facebooka, Instagrama, LinkedIn i Twittera (z tym, że może być przycięty z góry lub dołu) oraz Pinteresta.

Gdy udostępniasz post na Facebooku, Twitterze i LinkedIn, zalecany jest prostokąt o rozmiarze 1200×628 lub większy – ważne, że w proporcjach 1,91:1.

Generalna uwaga – nie należy wrzucać plików w dużej rozdzielczości (np. 300 dpi) na żaden z portali. Obrazek będzie automatycznie skompresowany i jego jakość mocno ucierpi. Chronimy się przed tym obniżając rozdzielczość obrazka do 72 dpi i zapisując w formacie PNG.

Dobra, koniec wstępów!

Portal+grafika Rozmiar (szer x wys) Nasze uwagi
Facebook: Cover820 x 462
Film – 5-20 sek., do 20 MB
AKTUALIZACJA

Działa dobrze także na mobile. Ważne, aby ważne treści zmieścić na środku, bo boki mogą być obcięte o 100 pikseli
Facebook: Grupa Cover1640 x 922
AKTUALIZACJA

Facebook: Wydarzenie Cover
1920 x 1080
AKTUALIZACJA
Facebook: Zdjęcie profilowe170 x 170 lub 180 x 180
AKTUALIZACJA

Należy pamiętać, że będzie w kółku! [zalecany większy rozmiar – gdyż znajomi lubią podejrzeć nasze zmarszczki]
Facebook: Obrazek do posta z linkiem1200 x 630
AKTUALIZACJA
Facebook: Obrazek do postaProporcje 3:4 lub kwadrat. Idealne wielkości: 720, 960, lub 2048
Facebook: Zdjęcia do albumuMaks. 2048 x 2048
Facebook: Zdjęcie do stories1080 x 1920 – w proporcji 16:9
Instagram: Zdjęcie profiloweMin. 110 x 110
Instagram: Obrazek lub film do postaMin. 1080 x 1080Obrazek już nie musi być kwadratem, ale zostanie przycięty do kwadratu na naszej tablicy, w feedzie pojawi się we wrzuconych przez nas proporcjach
Instagram: Zdjęcie lub film panoramiczny1080 x 566, proporcja 1,91:1
Instagram: Zdjęcie portretowe1080 x 1350, proporcja 4:5Idealne do selfie 🙂
Instagram: Stories1080 x 1920, proporcja 9:16
Instagram: IGTV Cover420 x 654, proporcja 1:1,55
Twitter: Cover profilu1500 x 500, proporcja 3:1Dużo zależy od przeglądarki i urządzenia, może obciąć 60 pikseli z góry i dołu
Twitter: Zdjęcie profilowe400 x 400, kwadrat
Twitter: Tweet ze zdjęciem1200 x 628, proporcje 16:9Jeżeli użyjesz obrazka w proporcji 2:1, boki zostaną przycięte

AKTUALIZACJA
Twitter: Tweet z linkiem1200 x 628, proporcje 1,91:1
Twitter: Tweet z 2 zdjęciamiDwa zdjęcia obok siebie, proporcje 7:8
Twitter: Tweet z 3 zdjęciamiPierwszy obrazek z lewej w proporcji 7:8, dwa obrazki po prawej jeden nad drugim w proporcji 4:7
Twitter: Tweet z 4 zdjęciamiSiatka obrazków w proporcji 2:1
LinkedIn: Cover1584:396, proporcje 4:1 Maks. waga obrazka 8 MB, LinkedIn zaleca jak największy rozmiar; na LI tylko PNG lub JPG
LinkedIn: Zdjęcie profiloweMin. 400 x 400, kwadrat
LinkedIn: Obrazek do posta z linkiem1200 x 628Identyczny jak na Facebooku
LinkedIn: Obrazek do postaKwadrat 1200 x 1200 wygląda świetnie na desktopie, ale na mobile już nie – tu lepiej 1200 x 627Min. 552 × 368
LinkedIn: Cover na profil firmowy1536 x 768Obrazek może być przycięty na wysokości – LI rekomenduje wgrywanie obrazków w dużej rozdzielczości z minimalną ilością tekstu i bez ważnych elementów przy krawędziach
LinkedIn: Logo na profil firmowy300 x 300
LinkedIn: VideoProporcje 1:2,4 lub 2,4:1, waga pliku do 5 GB, maks. 10 minut
YouTube: Cover kanału2560 x 1440 – desktop,
1546 x 423 – mobile
AKTUALIZACJA
YouTube: Miniaturka filmu1280 x 760
YouTube: Ikona kanału800 x 800


Photo by William Warby on Unsplash

TOP 10 piosenek pracownika biurowego

TOP 10 piosenek pracownika biurowego

Słuchacie muzyki w czasie pracy? Jeśli tak, to zapewne wiecie, jak piosenki pobudzają nasz mózg do kreatywnych działań.

Na pewno znacie to uczucie, kiedy repertuar z naszymi najlepszymi kawałkami się kończy i musimy szukać czegoś nowego, co łatwo wpada w ucho…

Dlatego przygotowaliśmy dla Was playlistę top 10 piosenek, które obowiązkowo powinny lecieć w Waszym biurze – sprawdźcie koniecznie!

Nasze propozycje:

Top 1
BASS ASTRAL x IGO live act – SPIRALA BOJLERUM
Top 2
Kwiat Jabłoni – “Dziś późno pójdę spać”
Top 3
MIKROMUSIC – Tak mi się nie chce
Top 4
KORTEZ – Hej Wy
TOP 5
Taco Hemingway – W PIĄTKI LEŻĘ W WANNIE feat. Dawid Podsiadło (prod. Borucci)
Top 6
KAZIK – Ja tu jeszcze powrócę
Top 7
Big Cyc – Nienawidzę Szefa
Top 8
Mikromusic – Po co ja tu jestem
Top 9
Shakin’ Dudi – Integracja
Top 10
Elektryczne Gitary – To już koniec

Muzyka, która powinna obowiązkowo rozbrzmiewać w każdym biurze na koniec pracy w piątkowe popołudnie. Nie ma bowiem przyjemniejszej godziny niż ta ostatnia, przed weekendem, prawda?

A jakie są Wasze ulubione kawałki?

Korpomowa, czyli akronim i skróty używane w Marketingu i Social Media FYI ASAP

Korpomowa, czyli akronim i skróty używane w Marketingu i Social Media FYI ASAP

Tak zwana “Korpomowa” to nic innego, jak slang używany przez pracowników wielkich firm – korporacji. Mimo, że niektórych to śmieszy, to trzeba ją znać – nie tylko gdy ma się zamiar pracować w dużej firmie.

Zapoznajcie się z naszym słownikiem tych pojęć!

FYI

For Your Information, czyli dla twojej informacji. Najczęściej skrót ten pojawia się w postach na portalach społecznościowych i mailach.

ASAP

As Soon As Possible – oznacza “najszybciej, jak to możliwe”. Kto nie dostał od szefa zadania z dopiskiem ASAP, ten nie poznał jeszcze korpo-życia.

COO/CEO/CFO

W skrócie są to trzy najwyższe stanowiska w zarządzie. Prezes firmy to CEO (Chief Executive Officer), CFO to szef finansów (Chief Financial Officer), a COO to bliżej nieokreślona rola – Chief Operating Officer (zazwyczaj pilnuje, żeby wszystko działało, jak należy. Spośród wszystkich członków zarządu to właśnie COO mają najczęstszy kontakt z pracownikami niższych szczebli).

Approval

Jeśli go dostałeś, to możesz być z siebie naprawdę dumny – zrobiłeś coś dobrze (akcept, aprobata).

Brainstorm

Jest to nic innego jak burza mózgów.

Board

Zarząd firmy… na szczęście rzadko używa się tego słowa.

Deadline

Data (termin końcowy), do kiedy możemy wykonać daną rzecz. Niezdążenie na deadline zazwyczaj oznacza potężny fakap, więc lepiej nie zostawiajcie nic na ostatnią chwilę.

Crunch time

Nieszczęsne nadgodziny, które spędzamy w biurze, by zdążyć z projektem na deadline.

Feedback

Odzew, informacja zwrotna. Zazwyczaj oznacza to ocenę naszego projektu.

KPI

Key Performance Indicators, czyli kluczowe wskaźniki wydajności. Tłumacząc na nasz język, są to zazwyczaj cele liczbowe do spełnienia dla danego pracownika. W przypadku marketingu może to być na przykład klikalność kampanii reklamowej.

Openspace

Otwarta przestrzeń, gdzie siedzą pracownicy niższych szczebli i pracują przy swoich biurkach.

Fuck Up

W Polsce popularny jako “fakap”, najmodniejszy w ostatnich czasach synonim „zawalenia sprawy”. Jest to to wpadka lub sytuacja kryzysowa, a nawet powód do zwolnienia.

Workflow

Może oznaczać atmosferę w pracy – to, czy dobrze nam się pracuje. Jeśli ukończyliśmy projekt przed deadlinem i nie było żadnego fakapu – oznacza to, że był dobry workflow.

Request

Prośba lub zlecenie.

Target

Grupa docelowa, odbiorca naszego projektu. Swoje targety mają zarówno media, twórcy reklam, sklepy, jak i banki.
Press release is dead, czyli PESO w świecie social media

Press release is dead, czyli PESO w świecie social media

Czy kiedykolwiek trafiliście w informacji prasowej na ciekawy materiał?

zapytał Robert Wynne kilkoro czołowych dziennikarzy amerykańskich. To było jedno z trzech pytań, co sądzą media na temat PR-owych press release’ów.

Padły następujące odpowiedzi (w moim tłumaczeniu, nie odjeżdżałem literacko od pierwotnego sensu):

* Tak. Przy czym, często sama wcześniej wpadłam na podobny pomysł, więc press posłużył mi jako jedno ze źródeł.

* Z całą pewnością jest to możliwe. Wiadomo jednak, że wielu dziennikarzy dostaje dokładnie te same materiały. Nie chcą więc oni pisać o tym samym, o czym piszą inni.

* Tak. Zwykle jednak nie jest to dokładnie ten materiał, o którym była mowa w pressie. Nie chcę pisać o tym samym, co moi koledzy-dziennikarze. Szukam więc w materiale niuansów, które mogę rozwinąć w ciekawy i oryginalny artykuł.

* Nie.

* Z całą pewnością tak. Zwykle jednak nie była to wprost historia opisana w informacji. Często dla dziennikarzy lepszy materiał to taki, w którym firma z pressa pojawia się jako element większej całości – nie zaś jako jedyny bohater wiadomości.

* Oczywiście. Informacja musi jednak być bardzo konkretna i zgodna z moimi zainteresowaniami dziennikarskimi.

* Cały czas znajduję! Aczkolwiek najczęściej: w newsach pochodzących z uniwersytetów oraz mniejszych firm, które nie zarzucają wszystkich mediów informacjami.

Widzisz wzorzec?

(W tym miejscu pominę oczywistą wycieczkę na temat powodów takiego stanu rzeczy. Wszyscy wiemy, o co chodzi.)

Przejdę natomiast do krótkiej porady, jak zmienić podejście do pressów: z tradycyjnego (do którego przywiązani są klienci) na nowoczesne (zgodne z trendami komunikacji marketingowej).

Najpierw trzeba w 100% przejść na myślenie o mediach w modelu PESO. Skrótowiec ten oznacza cztery rodzaje mediów, z którymi można współpracować przy zamieszczaniu publikacji na temat klientów.
W tradycyjnym modelu rozwoju firmy, zgodnym z historycznym rozwojem komunikacji, kolejność korzystania z nich była następująca: P-E (ew. E-P) -S-O.

P to media płatne (paid) –

żeby się pojawić, trzeba zapłacić. Chodzi zarówno o reklamy, jak i inną obecność komercyjną (sponsoring, advertorial, wywiad okładkowy). Żeby wejść na rynek, musisz powiadomić o tym konsumentów/odbiorców B2B.

Po dłuższej współpracy płatnej pojawiają się możliwości dotarcia do drugiej grupy mediów.

E to media zasłużone (earned) –

żeby się pojawić, trzeba sobie zasłużyć u dziennikarza. To obszar największego zainteresowania PR z ramienia media relations. Chodzi zarówno o zbudowanie dobrych relacji z dziennikarzem, jak i dostarczanie ciekawych informacji, które – jak wynika z komentarzy zamieszczonych powyżej – dziennikarze sobie przetworzą w zależności od zapotrzebowania.

Kolejność ta w ostatnich kilkunastu latach została odwrócona, zgodnie z podejściem prezentowanym przez Ala Riesa w książce “Upadek reklamy i wzlot Public Relations”: najpierw ciekawe treści, by zbudować rynek zainteresowanych odbiorców, a potem reklama, by sprzedawać im produkty. Podobną filozofię podejścia do contentu doradza też ekspert Gary Vaynerchuk w swojej książce “W market(ringu). Czyli jak nie zginąć w świecie mediów społecznościowych”: najpierw długo ciekawe treści, a dopiero potem konkretna oferta handlowa.

Potem pojawił się social.

S to media społecznościowe (social) –

żeby się pojawić, trzeba stać się akceptowanym członkiem społeczności. Wbrew pozorom, nie jest to równoważne z założeniem konta na Facebooku, Twitterze, LinkedInie i publikowaniem tam treści. Konto i publikacja to jedynie tanie media płatne.

Różne ograniczenia oraz koszt korzystania z mediów płatnych spowodował, że firmy zaczęły myśleć o obejściu tradycyjnych kanałów komunikacji i zwracać się do klientów bezpośrednio, przez własne miejsca publikacji treści.

O to media posiadane (owned) –

żeby się pojawić, trzeba je zbudować, publikować materiały, dbać o czytelników. Niektórzy twierdzą, że obecnie wszystkie przedsiębiorstwa, niezależnie od branży, są potencjalnymi koncernami medialnymi. Wiele największych firm już posiada własne portale informacyjne.

Tak było do tej pory. Wiele firm cały czas tak pracuje.
Ale zasady się zmieniły – tak twierdzi Sally Falkow, cytowana przez Rebekę Iliff we wpisie na blogu AirPR.

Obecnie najbardziej skuteczny i rozsądny kosztowo łańcuch komunikacji wygląda tak: O-E-P-S.


Punktem wyjścia są media Owned, na które firma wrzuca informacje. Te najciekawsze trafiają do mediów Earned jako inspiracje, zgodnie z wcześniejszymi wypowiedziami dziennikarzy. Gdy już ukażą się w tradycyjnych mediach, wtedy warto je wzmocnić przekazem Paid – aby więcej czytelników je obejrzało lub zrobiło to częściej. Następnie analizujemy rozprzestrzenianie się informacji w mediach Social. W najchętniej dzieloną lub komentowaną treść inwestujemy dodatkowe pieniądze. Nie pchamy kasy w każdy content, ale tylko ten uznany przez rynek (a nie przez nas lub przez klienta!) za wartościowy.

Rola PR-owca w takim układzie jest bardzo duża, większa niż w tradycyjnym “napisz pressa i zarzuć nim 1000 kont mejlowych dziennikarzy”.

To edukacja klientów na temat tego jak wygląda powyższy łańcuch komunikacji. To tworzenie ciekawego contentu (niekoniecznie pressów), spójnego z wizerunkiem i wachlarzem produktów firmy, i jednocześnie zgodnego z charakterem danego medium. To pomoc w doborze mediów przez pomiar wskaźników oglądalności i działania.

PR jest prawdziwym partnerem zarządu. Niestety dla niektórych, oznacza to włączenie się w media płatne, które do tej pory były wyłączną domeną działów marketingu.

Takie są jednak nowoczesne zasady gry w komunikację.

Można grać według starych, ale to oznacza stawianie się na z góry przegranej pozycji: zarówno pod kątem podejmowania tematów przez media Earned, Paid, Social, ale też optymalizacji kosztów finansowych.

Ostatnie wpisy:

Syndrom HTTP: PR może wyleczyć z niego klientów twoich klientów

Syndrom HTTP: PR może wyleczyć z niego klientów twoich klientów

Dzisiejszy wpis nie tylko podsunie ci fajne narzędzie PR, ale też wprowadzi do twojego słownika pojęciowego nowy skrót: HTTP. Myślisz, że wiesz co on oznacza? A zakład, że się mylisz?

Czy instrukcja obsługi to narzędzie PR?

Jeśli weźmiemy jako przykład instrukcję montażu czegoś z Ikei, to zapewne tak. Szczegółowo opisuje ona kolejne etapy składania mebli. Jest utrzymana w jednolitym schemacie wizualnym dla wszystkich sprzętów. Dzięki czemu wzmacnia wizerunek samoobsługi i praktycznej prostoty, jakim emanuje marka. I do tego jest social, ponieważ patrzy na produkt z punktu widzenia użytkownika, a nie firmy. Bezdyskusyjne +5 pkt do parametru social.

Wiele firm i instytucji publicznych wprowadziło w swoje procesy obsługi klientów elementy samoobsługowe, takie jak formularze do wypełnienia wyłożone na stołach, instrukcje wypełnienia poszczególnych pól, a nawet artykuły opisujące poszczególne kroki np. założenia księgi wieczystej lub wzięcia kredytu bankowego. Kłopot z tymi instrukcjami jest taki, że pokazują one najczęściej jeden przykład: najbardziej banalny, najprostszy do opisania. Jesteś pierwszym właścicielem świeżo wybudowanego domu. Bierzesz z gminy numer działki, wpisujesz podstawowe informacje w odpowiednie pola, dokupujesz znaczki skarbowe i gotowe. Pach, pach, pięć minut – ok, jeśli przed południem, to piętnaście minut – i mówisz “do widzenia” pracownikowi ochrony przy drzwiach.

Ale niech tylko twój przypadek będzie nieco bardziej skomplikowany np. poprzez dziedziczenie domu, i prosta instrukcja obsługi rozsypuje się. Radośnie wpisujesz dane wg przykładu, po czym już w okienku okazuje się, że brakuje kilku dość ważnych dokumentów w załączniku. Sympatyczna pani po drugiej stronie naprawdę chce pomóc, ale w głowie pojawia się tylko jedna dudniąca myśl: dlaczego nie było mowy o tych dokumentach ani na stronie internetowej, ani w informacji wypełniania?

Czy nikt nie zdaje sobie sprawy, że to istotny szczegół?

Ano, nikt.

To jest najgorsze: istnienie tego problemu na styku firma-klient firmy najczęściej traktują jako naturalne zjawisko. Koszt dopasowania się. Koszt zrobienia pierwszego interesu. Za drugim, trzecim i kolejnym razem klient jest obcykany i wypełni wszystko dobrze (albo nie będzie nigdy musiał robić drugiego razu). Niestety – tego, że za pierwszym razem klient w trybie HTTP (Hungry, Thirsty, Tired, Pissed) – zgadłeś? zgadłaś? – cztery razy w ciągu jednego, upalnego dnia jeździ przez pół miasta w tę i z powrotem do domu po jeszcze jeden absolutnie niezbędny dokument, nikt nie mierzy i nie uwzględnia w ocenie jakości procesu.

W tym głowa firmowych sił PR (wewnętrznych lub agencyjnych), żeby zamiast prostej instrukcji stworzyć rozbudowany system wsparcia klientów samoobsługowych.

System, który składa się z sieci pomocników klienta, którzy poprowadzi go/ją przez gąszcz opcji i wyborów wprost do rozwiązania jego indywidualnego przypadku. W sklepach samoobsługowych – np. marketach – są to pracownicy poszczególnych sekcji na hali. Na infolinii banku jest to automatyczny rozdzielnik połączeń, który łączy klienta z odpowiednim oddziałem. W oprogramowaniu lub grze jest to wirtualny asystent, demo tour, samouczek. W każdej firmie może to być odpowiednia treść na stronie głównej (np. sekcja “Jesteś pierwszy raz? Zajrzyj tutaj!” albo przejrzysty podział na sekcje produktowe), pracownik sekretariatu lub pracownicy call center.

Pomocników należy wyposażyć w bardzo szczegółową wiedzę na temat produktów, przypadków, struktury firmy, a także zadbać o ich umiejętności miękkie: zadawanie pytań, empatię, klarowne tłumaczenie skomplikowanych zagadnień. Celem tych pomocników (niekoniecznie pracowników, ale też contentu) musi być pomoc klientowi – dlatego pieczę nad nimi musi sprawować dział PR. Jeśli pomocnicy leżą w gestii innego działu funkcjonalnego (obsługi klienta, marketingu, HR-u, działu IT, albo działu inżynieryjny – no bo nikt nie zna lepiej programu niż inżynier, który go zaprojektował i zakodował), to ich cele szybko stracą wydźwięk komunikacyjny, a nabiorą cech funkcjonalnych. Zaraz też zacznie się pościg za wskaźnikami, za poprawą wydajności. Tymczasem chodzi o to, żeby klienci podczas swojego pierwszego razu z firmą byli rozluźnieni, czuli przyjazne wsparcie i konkretną pomoc z trudnymi pytaniami. HTTP? Na pewno nie!

Ostatnie wpisy:

Dlaczego warto rozważyć współpracę z mniejszymi influencerami?

Dlaczego warto rozważyć współpracę z mniejszymi influencerami?

Współpraca z celebrytami z Instagrama i Youtube’a to jeden z najważniejszych trendów marketingowych na 2019 i jedno z najciekawszych zjawisk w marketingu ostatnich lat. Samo pojawienie się mediów społecznościowych, a w nich osób, które swoimi publikacjami mają wpływ na innych, to efektowna ewolucja autorytetów. Z czasem powstały media o dużym zasięgu, które dla wielu marek są świetnym alternatywnym lub nawet podstawowym kanałem promocji – na niekorzyść dużych portali horyzontalnych czy tradycyjnych mediów.

 

Uwaga marketerów oczywiście skupia się zazwyczaj na największych celebrytach internetowych, z największą liczbą fanów, ponieważ ma to gwarantować sukces kampanii i „dowiezienie” (nie lubię tego słowa strasznie) wyniku. Czy to dobra droga?

LifeTube wydał kilka dni temu raport z działalności własnej, bardzo ciekawe zestawienie influencerów, których reprezentuje, z przykładowymi kampaniami oraz liczbami. Kilka dni temu trafiłem na równie ciekawe, choć nie tak obszerne opracowanie SocialPubli o tym, jak influencerzy postrzegają marki i jak z nimi pracują.

Niby różne opracowania, ale uzupełniają się w zaskakującym punkcie i potwierdzają dokładnie to, co obserwujemy od ponad 4 lat, prowadząc intensywnie działania z influencerami –

mniejsi influencerzy mają duże lepsze dotarcie i zrozumienie swojej grupy docelowej.

Gdy stają się zbyt duzi (na polskie warunki – ponad 500.000 fanów na którymkolwiek z kanałów), często drastycznie spada im oglądalność i zaangażowanie widzów pod materiałami. To z kolei przekłada się na koszt dotarcia – przykładowo przy niekorzystnym wyborze dużego influencera może się okazać, że przy liczbie fanów 1,5 mln za współpracę musimy zapłacić 30.000 zł netto, a dotarcie z przekazem jest na poziomie 50.000 fanów, co nam daje koszt 60 gr/fana. Tymczasem mniejszy influencer może dać nam takie samo dotarcie przy pięciokrotnie niższym koszcie i większym zaangażowaniu ze swojej strony.

Nie dla każdej współpracy to wyliczenie jest prawdziwe – wszystko zależy od konkretnego influencera, aczkolwiek moją tezę potwierdza wspomniany raport SocialPubli. Przebadali oni ponad 1000 mikroinfluencerów, mających do 10.000 fanów pod kątem ich zaangażowania w promowanie marek, komunikacją ze społecznością oraz jej zaangażowaniem pod materiałami. Wyniki mnie nie zaskakują:

źródło

 

Społeczności nano- (poniżej 1000 fanów) i mikroinfluncerów angażują powyżej 7% społeczności Instagrama, podczas gdy najwięksi makroinfluencerzy (czyli celebryci), mający ponad milion fanów, docierają do jednej dwudziestej procenta fanów. Dysproporcja w dotarciu do fanów na Twitterze nie jest tak aż tak bardzo znacząca. Są to też ludzie oddani swojej pracy – bo jest to praca, przynosząca wraz z rozwojem kanałów własnych coraz więcej dochodów – 77% z nich publikuje codziennie.

Informacje o markach pojawiają się na ich kanałach zazwyczaj (84%) przynajmniej raz w tygodniu, zaś 37% mikroinfluencerów codziennie zamieszcza publikacje treści związane z jakąś marką.

źródło

Ponad połowa z nich planuje utrzymywanie się z bycia influencerem – a im młodsi są, tym to przekonanie rośnie. Autor raportu twierdzi, że kończy się era wielkich społeczności, do których można łatwo dotrzeć. Zamiast nich znaczenie zdobywa komunikacja bardziej spersonalizowana i będąca jak najbliżej klienta, angażująca go w działania wokół marki. Zgadzam się z nim w całej rozciągłości.

Poszedłbym dalej we wnioskach –

mikroinfluencerzy są nie tylko bardziej wiarygodni dla swoich widzów, publikując oznaczone informacje o współpracy z marką, ale są też o wiele bardziej elastyczni we współpracy, gotowi na nieszablonowe i odważne działania.

Są też zazwyczaj bardziej przywiązani do marek, z którymi współpracują, podczas gdy duzi influencerzy prowadzą działania dla konkurencyjnych marek. To się z kolei przekłada na zjawisko nieautentyczności influencera/celebryty, który stał się nośnikiem zbyt wielu marek. Dokładnie tak samo dzieje się na Instagramie i Youtube jak w TV – niech przykładem będzie Robert Lewandowski, pojawiający się równocześnie w wielu kampaniach. Tymczasem większą wiarygodność mają osoby występujące w długofalowych kampaniach jednej marki – np. Małgorzata Socha, Bogusław Linda czy Marek Kondrat, stając się twarzą marki, uwiarygadniając przekaz reklamowy.

Oczywiście, porównuję tu trochę gruszki z jabłkami. Mało która marka może sobie pozwolić na długofalową współpracą z influencerami w sieci. Zazwyczaj są to jednorazowe, miesięczne czy kwartalne kontrakty, gdzie w grę wchodzą stosunkowo niewielkie pieniądze, przeważnie też strategie działań nie zakładają długofalowej współpracy z influencerami, tylko promocję konkretnego wydarzenia, promocji, pożyczki, produktu itp. Stąd też rzadko możemy stworzyć w umyśle klienta trwałe powiązanie influencer-marka.

Grzegorz Miller

 

W swoich działaniach zawsze proponujemy długofalową współpracę przy promocji marki z odpowiednio dobranymi influencerami na wyłączność – uważamy, że jest to fair dla obu stron. Za tym musi iść odpowiednie wynagrodzenie dla influencera, adekwatne do jego wpływu na klientów. Jeżeli chcesz wiedzieć, jak to mierzymy i jak działamy – napisz kontakt@millermedia.pl

Ostatnie wpisy: